To było minutę, może dwie po ostatnim gwizdku. Leo Messi - bohater Argentyny, strzelec hat-tricka w meczu z Algierią (3:0) i największa gwiazda mundialu w USA, Meksyku i Kanadzie - ruszył do Szymona Marciniaka. To była noc Messiego, ale dla nas liczył się też sędzia. Marciniak zaczął z klasą i choć kontrowersji nie brakowało, to udowodnił, że jest w formie. Nie tylko sędziowskiej. Tego telewizyjne transmisje już jednak nie pokazały. A szkoda - pisze z Kansas City Dominik Wardzichowski, reporter Sport.pl na mundial.
To nie był zwykły mecz. To nie był nawet zwykły początek turnieju dla broniącej tytułu Argentyny. To była noc Leo Messiego. Noc, podczas której cały świat po raz kolejny zobaczył, dlaczego wciąż należy do największych piłkarzy w historii futbolu. We wtorek w Kansas City każdy na to liczył. A przynajmniej każdy z Argentyńczyków, którzy wręcz zalali miasto.
Już od rana w Kansas City dominowały błękitno-białe barwy. Argentyńscy kibice opanowali centrum miasta, restauracje, place, okolice stadionu. Im bliżej pierwszego gwizdka, tym atmosfera stawała się coraz bardziej gorąca. Kilka godzin przed rozpoczęciem spotkania ruch wokół stadionu praktycznie zamarł. Samochody utknęły w gigantycznych korkach, a niektórzy fani wysiadali z aut jeszcze na autostradzie, by pieszo dotrzeć na mecz. Wszyscy chcieli być świadkami pierwszego występu mistrzów świata po triumfie w Katarze. A my chcieliśmy też zobaczyć, jak poradzi sobie Szymon Marciniak.














