Ameryce szło na tej gali źle. Donalda Trumpa i jego ludzi zawodzili kolejni zawodnicy, nawet ten, którego prezydent USA sam wybrał. Kraj potrzebował bohatera, kogoś jak z typowych dla Stanów opowieści o wielkości. No i go dostał.

Choć galę w Białym Domu nazwano UFC Freedom 250 na cześć 250. rocznicy uzyskania niepodległości przez Stany Zjednoczone, to nikt nie miał wątpliwości, że to nie jest najważniejsze w całym wydarzeniu. Bo gdyby tak było, UFC zorganizowałoby galę w samą rocznicę, czyli 4 lipca, która w tym roku w dodatku wypada w sobotę, czyli standardowy dzień wydarzeń tej organizacji. Dlaczego zatem niedziela 14 czerwca, a nie sobota 4 lipca? Dlatego, że ta gala od początku miała jednego szefa - prezydenta Donalda Trumpa. A Trump właśnie w tym dniu obchodzi 80. urodziny. Amerykański "szef wszystkich szefów" udowodnił, że jeśli zapragnie gali UFC na trawniku Białego Domu, to ją dostanie.

Zobacz wideo Rewolucja w życiu Mai Chwalińskiej. Tego jeszcze nie przeżyła

250 lat istnienia USA, gala pod szyldem UFC, ale wszyscy wiedzieli, czyje to przedstawienie

A jego zagorzały zwolennik szef giganta MMA Dana White zrobi dla niego wszystko. Na przykład wyda na tę galę ok. 60 mln dol. Albo umieści na karcie walk ulubieńca prezydenta, czyli zawodnika wagi ciężkiej Derricka Lewisa. Nie było za to jedynego obecnie mistrza UFC narodowości amerykańskiej, czyli Seana Stricklanda. Mało tego, on twierdził nawet, że został zbanowany przez Biały Dom (czemu potem zaprzeczał Dana White). Skąd taka niechęć do kogoś, kto teoretycznie powinien być wizytówką?