Przypadek Aryny Sabalenki to największy paradoks wielkiego tenisa ostatnich miesięcy. Z jednej strony mamy liderkę rankingu, z drugiej - tenisistkę, która w turniejach Wielkiego Szlema zbyt często przegrywa walkę nie z rywalkami, lecz z samą sobą. Dlaczego numer jeden na świecie wciąż nie potrafi przekuć swojej dominacji w oczekiwane trofea?
- Chcę rzucić tenis - mówiła rozczarowana Aryna Sabalenka po porażce z Dianą Sznajder w ćwierćfinale Rolanda Garrosa. I choć zaraz po tym dodała, że ma nadzieję, iż za kilka dni jej przejdzie, pierwsze zdanie wybrzmiało zdecydowanie mocniej. W świecie kobiecego tenisa od października 2024 roku trwa przecież era Sabalenki. Białorusinka zasiada na tronie liderki rankingu WTA od momentu, gdy wyprzedziła Igę Świątek. Mimo to, patrząc na ostatnie miesiące, trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z jednym z najbardziej fascynujących i bolesnych paradoksów w historii współczesnego tenisa. Jak to możliwe, że zawodniczka o tak potężnej sile rażenia, posiadająca takie możliwości, zawodzi w najważniejszych momentach najważniejszych turniejów?






