Maja Chwalińska przegrała finał Rolanda Garrosa, ale wygrała podziw i miłość tysięcy kibiców. Wywalczony w Paryżu awans o 93 pozycje w rankingu WTA pozwoli 24-letniej Polce uwierzyć, że nie jest ulepiona z innej gliny niż największe gwiazdy tenisa.
Fot. REUTERS/Benoit Tessier
W książce "Alicja w krainie czarów" główna bohaterka budzi się na koniec ze snu. Okazuje się, że wszystkie fantastyczne przygody, które przeżyła, wydarzyły się tylko w marzeniach sennych. Maja Chwalińska w paryskiej krainie czarów spędziła trzy tygodnie. Wszystko wydarzyło się jednak na jawie, niezwykłą drogę do finału polska tenisistka utorowała sobie sama i nikt jej już tego nie odbierze.
Po Jadwidze Jędrzejowskiej, Agnieszce Radwańskiej i Idze Świątek, Chwalińska jest czwartą Polką, która dotarła do finału turnieju Wielkiego Szlema. W sobotnim pojedynku o tytuł wyglądała jednak na przemęczoną, co spowodowało, że popełniła na korcie więcej niewymuszonych błędów niż Mirra Andriejewa. Nastoletnia Rosjanka wzniosła się na wyżyny, ale przede wszystkim była nadzwyczajnie regularna. Finał był wyrównany do stanu 3:2 dla Polki w pierwszym secie, po czym rywalka wygrała dziewięć kolejnych gemów.
Podczas ceremonii wręczania pucharów Chwalińska przeprosiła kibiców za to, że nie obejrzeli lepszego finału. - To wina Mirry, która była dla mnie za mocna – dodała. Było oczywiste, że przewaga siły jest zdecydowanie po stronie o 11 cm wyższej i potężniejszej Rosjanki. Andriejewa nie grała w kwalifikacjach, jej turniejowe mecze były krótsze, więc w Paryżu spędziła na korcie dwa razy mniej czasu niż Polka. Wydatek sił w drodze do finału nie był podobny.










