Koniec stycznia 2024 roku. Hind Radżab ma sześć lat. Skulona na tylnym siedzeniu samochodu wujostwa, tuli się do czwórki małych kuzynów. Gdy do zachodnich dzielnic Gazy dotarł kolejny, nie wiadomo już który, rozkaz ewakuacji, jej matka i rodzeństwo uciekli pieszo, ale pada deszcz i jest zimno, więc ciotka i wujek zabrali ją ze sobą do samochodu.
Jest wczesne popołudnie, do kabiny samochodu docierają odgłosy eksplozji, a samochody stoją unieruchomione w korku. Coś jest nie tak. Ciotka i wujek to czują, są zdenerwowani, rozmawiają podniesionym głosem. Niedaleko stacji benzynowej w pobliżu Tall al-Hawa samochód dostaje się pod grad izraelskich kul. A potem następuje surrealny chłód. Hind rozgląda się wokół siebie. Nikt nie rozmawia, wszyscy są pochyleni. Drżącymi rękami wyjmuje telefon z dłoni swojej piętnastoletniej kuzynki Lajan, która została postrzelona w chwili, gdy rozmawiała z operatorami telefonu alarmowego Czerwonego Półksiężyca. Hind wyjaśnia, że "inni nie żyją, a może śpią", i błaga o pomoc. "Koło mnie jest czołg. Jedzie. Zabierzesz mnie stąd? Bardzo się boję".
Zobacz wideo Izrael nie dotrzymuje umów pokojowych, więc jak Palestyńczycy mają mu ufać?
Po drugiej stronie linii operatorka – przerażona, ponieważ wie, co grozi dziecku – mówi do niej czule: Habibti, "skarbie, kochanie", i zostaje z nią przy telefonie, aby nie była sama.






