Państwo polskie może pomagać księżom, rolnikom czy samozatrudnionym. Gdy ma pomóc artystom, budzi to zgrozę, oburzenie i kpiny. Ale ustawa o zabezpieczeniu socjalnym osób wykonujących zawód artystyczny jest potrzebna.
Myślałem, że już tego nie dożyję. Projekt ustawy o zabezpieczeniu artystów po latach prac nad kolejnymi wersjami trafił z rządu do Sejmu. Twórcy dopominali się o niego od dawna. Jeśli marszałek Czarzasty podda firmowany przez Ministerstwo Kultury projekt pod obrady, a koalicja go przegłosuje, państwo będzie dopłacać do składek na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne najmniej zarabiającym zawodowym artystom, pracującym na umowach o dzieło.
Oczywiście, natychmiast rozkręciła się karuzela demagogii. Pomagania artystom polska prawica boi się chyba nawet bardziej niż małżeństw jednopłciowych, a małżeństw jednopłciowych przecież boi się niesłychanie. Kiedyś ziobryści krzyczeli, że władza chce dawać pieniądze Krystynie Jandzie, dziś konfederaci straszą, że rząd Tuska chce płacić "patocelebrytom", krzyczą o "dopłatach na pseudodzieła, sztuki obsceniczne, niemające nic wspólnego z realną kulturą" – jak był łaskaw się wyrazić pan poseł Michał Wawer, rzecznik partii Bosaka i Mentzena. Co bardziej niechętni publicyści ekonomiczni piszą z kolei o psuciu systemu i o "przywilejach" – "przywilejach" dla ludzi, którzy zarabiają w okolicach pensji minimalnej albo i mniej.











