W Hollywood miało powstać kino familijne, ale skończyło się na "Sypiając z wrogiem". Nieamerykańska rywalizacja LA Galaxy i LAFC.
Jak dotąd w każdym klubie, który odwiedziłem, witano z otwartymi rękami imigrantów, mniejszości, LGBTQ+, rednecków ze Środkowego Zachodu, kierowców, rolników, ogrodników, designerki. Na stadion szło się z "ultrasami" rywali. Najgorsze rzeczy – typu „Kuchnia felek! Co wy gracie, łapserdaki!" za nieudolność na boisku – rzucano tylko w kierunku swoich. Kto by pomyślał, że w tym rodzinnym sporcie zdarzy się w USA coś takiego, że ludzie będą leczyć rany w szpitalu.
Choć panorama Los Angeles z Griffith Observatory i spod napisu Hollywood przy Observatory Road jest obezwładniająca, nie ma szans, żeby zobaczyć stadion BMO, gdzie gra LAFC, bo jest zasłonięty przez wyspę drapaczy chmur. Nie zobaczysz też stadionu LA Galaxy w odległym Carson, na południowych przedmieściach Miasta Nocy, bo przysłaniają go smog i wzgórza Palos Verdes. Tymczasem przez ostatnią dekadę cieniem położyły się oba kluby – na amerykańskiej piłce. I to w najważniejszym dla niej miejscu, gdyż właśnie w południowej Kalifornii liga ma najliczniejszą grupę latynoskich kibiców. Znaczy – meksykańskich, w odróżnieniu od grup po drugiej stronie kontynentu, na Florydzie, gdzie króluje Ameryka Południowa.







