Na razie aktualny kandydat PiS na premiera może się puszyć swoją nominacją i demonstrować dziecinną wręcz satysfakcję ze swojego namaszczenia i awansu w partyjnej hierarchii.

Po nominacji „kandydata na kandydata" PiS-owska kamaryla nabrała oficjalnego wigoru i odzyskała nadzieję na ponowne dobranie się do fruktów przynależnych każdej władzy. Już po kilku dniach ogłoszono nawet oficjalnie, że „widać efekt Czarnka". Na razie jest to tylko zatrzymanie trendu spadkowego, ale i tak wychwalano geniusz prezesa, demonstrując oficjalne przekonanie, że ten kandydat, to na pewno dowiezie.

Sam nominat od razu wskoczył do wyborczego pociągu i z głośnym gwizdem ruszył w teren, aby zarazić należnym entuzjazmem zdezorientowanych zwolenników demokracji nieliberalnej. To, czy ten „maszynista" dojedzie w 2027 r. do stacji końcowej zależy jednak tylko od „kierownika pociągu", który zorientowawszy się, że ten kandydat zwycięstwa może jednak nie dowieźć, i że to tylko pusty garnek, w każdej chwili może podmienić go na kogoś, kto lepiej się sprawdzi jako „czarny" (nomen omen) koń.

Prezes spędza czas na swoim ulubionym zajęciu, czyli analizowaniu „pogłębionych" sondaży partyjnych i ukierunkowywanemu przez nie cichemu knuciu na zapleczu sceny politycznej. Na razie wyszło mu, że trzeba „najsroższego wybrać byka, który wściekle się rozjusza", który potrafi wrzasnąć i przekroczyć granicę politycznego chamstwa. I faktycznie widać, że ten kandydat na ewentualnego premiera gotów jest „świat calutki wziąć na rogi", aby tylko potwierdzić słuszność tego zaszczytnego wyboru.