Gdy wydawało się, że znienawidzony SAFE jest już pogrzebany, a Tusk - masz babo placek - podpisał SAFE ręką Kosiniaka-Kamysza, jak świeżą bułeczkę. Czyli jako naród nie daliśmy się.

Autor, rocznik 1938 r., jest dziennikarzem, pisarzem i publicystą, autorem licznych zbiorów reportaży, wywiadów-rzek z Edwardem Gierkiem i Zbigniewem Bujakiem, był redaktorem naczelnym „Trybuny"

Odpowiedź na powyższe pytanie tylko pozornie jest trudna. Przyczyny weta są dwie. Pierwsza: SAFE to lokomotywa wyborcza dla rządu i druga: pan Nawrocki należy do osób, które nie potrafią odmówić prezydentowi Trumpowi.

Zacznijmy od pierwszej kwestii. Dla mnie, a pewnie i dla większości trzeźwych obserwatorów – nie zaliczam do nich gadających głów – jest jasne, że te 180 miliardów złotych, dodatkowo bez podatku VAT, to nieprzytomny kop w rozruszanie gospodarki. To dźwignięcie na wyższy poziom, zaniedbanego w III RP, ciężkiego przemysłu. To także wielkie pieniądze, wpuszczone na rynek oraz dofinansowanie wielu małych ośrodków, które od dawna spoglądają łakomym okiem na rozwijające się w sposób nadzwyczajny nasze metropolie.

Te ogromne pieniądze muszą być wydane do końca 2030 roku, co oznacza, że wielkie inwestycje – w przeszło stu miejscowościach – wraz z konkretnymi nadziejami na lepszą przyszłość, muszą się zacząć w tym roku i następnym. Są więc one prawdziwą manną z nieba dla polityków. Powiedzmy wprost, żadne ugrupowanie polityczne nie dysponowało jeszcze taką kroplówką gospodarczą przed wyborami. Do tego te świetne dla kraju decyzje są rzeczywistym, wcale nie naciąganym, dziełem Tuska. On wprost w Brukseli stoi za nimi. To on tak skutecznie o nie zabiegał i je uskutecznił. I wbrew histerii przeciwników wewnętrznych, wprowadził w życie.