Wjechanie do Rosji stało się dla mnie już nie tyle niemożliwe, co nieetyczne - mówi Joanna Czeczott, autorka książki "Cisza nad stepem. Kazachstan i pamięć o Rosji".

1 Napisałam ten reportaż, ponieważ… obserwowałam Rosję przynajmniej od początku lat dwutysięcznych i nie mogłam uwierzyć, że straszliwe zbrodnie XX wieku tak łatwo można zepchnąć w zapomnienie. Gdy pracowałam nad książką o Petersburgu, oglądałam w siedzibie Memoriału nagrania ze spotkań z mieszkańcami Jemwy, Uchty, Pieczory, Inty, Workuty – połagrowych miast północnej „drogi śmierci". Otwierałam szeroko oczy, słuchając młodych ludzi, którzy mówili, że nie mieli pojęcia, co się działo w ich miastach. A z takich miejsc więźniowie rzadko wracali do domów, nawet po odsiedzeniu wieloletnich wyroków. Wielu strażników także pozostawało tam na zawsze. Ich dzieci, wnuki, wychowywały się obok siebie; milczenie stało się sposobem na pokonanie strachu i wstydu. Zachodziłam w głowę: co dzieje się w takiej społeczności? Zaczytywałam się wtedy w polskiej literaturze o drugim, trzecim pokoleniu po Holokauście i zadawałam sobie pytanie: a co z drugim, trzecim pokoleniem po sowieckich represjach? Jak wychodzi z nich przeszłość?

Reżim w Rosji zaostrzał się, oficjalna polityka historyczna kazała wybielać realia obozów pracy, a ja miałam gotowy projekt książki, w której chciałam sprawdzić, jak żyją dziś ludzie w dawnych miejscach Gułagu. Zanim jednak zdołałam ją napisać, nadeszła pandemia, a potem pełnoskalowa inwazja na Ukrainę. Wjechanie do Rosji stało się dla mnie już nie tyle niemożliwe, co nieetyczne. A jednak czułam, że opowiedzenie historii o zamilczanej pamięci Gułagu, prześladowań, deportacji i czystki staje się tym istotniejsze. Szukałam na to sposobu – i znalazłam Kazachstan. Kraj, gdzie wszystkie opisane doświadczenia są tak samo obecne, a jednocześnie dochodzi perspektywa dekolonizacji, co czyni sytuację jeszcze bardziej złożoną i fascynującą.