42 niewymuszone błędy w marcu i 50 niewymuszonych błędów w maju. Tak zagrała Iga Świątek przeciw Elinie Switolinie w ćwierćfinale w Indian Wells i w półfinale w Rzymie. Ale mimo wszystko to nie są takie same porażki. Czy szaleństwem będzie wskazywanie pozytywów po tej drugiej?
Od września 2025 roku do teraz Igi Świątek nie było w półfinale żadnego turnieju. W Rzymie, w ostatnim teście przed wielkoszlemowym Roland Garros, Polka pokazała, że pod wodzą nowego trenera Francisco Roiga znów może być groźna dla każdego. Choć na koniec grania w jednym ze swych ulubionych turniejów Świątek znów - jak wiele razy w ostatnich miesiącach – najgroźniejsza była dla samej siebie.
To nie jest złośliwość. To stwierdzenie faktu. Dwa miesiące temu w ćwierćfinale turnieju WTA 1000 Świątek grała ze Switoliną i w brzydkim, szarpanym meczu popełniła aż 42 niewymuszone błędy. Wtedy w wymianach na korcie się niecierpliwiła, a w przerwach od gry gestykulowała, krzyczała i nawet przeklinała w zaskakujących interakcjach ze swoim sztabem. Teraz półfinał w Rzymie z tą samą rywalką Polka zaczęła od aż 24 niewymuszonych błędów w pierwszym secie. Liczby mówiły, że jest jeszcze gorzej niż było poprzednio. Ale tym razem całkiem inna była mowa ciała Polki. Zamiast grymaszenia i złorzeczenia widzieliśmy u niej godną podziwu wolę walki. I jednocześnie wolę poprawy. Finalnie nie wyszło. I to jest najważniejsze, jeśli chodzi o wynik tu i teraz. Ale przecież nie od razu Rzym zbudowano – jeśli chcemy marzyć o kolejnym paryskim triumfie naszej tenisistki, to popatrzmy szerzej niż tylko tak, żeby widzieć tablicę z Foro Italico z wynikiem Świątek – Switolina 4:6, 6:2, 2:6.















