Publiczne poniżanie, odcinanie od informacji i ignorowanie osiągnięć - polskie zawodniczki opowiadają o reprezentacji kraju, która doprowadziła je do stanów lękowych, emigracji i ucieczki ze sportu.
- Nie jestem w najlepszym stanie psychicznym. Od dwóch miesięcy choruję z żalu nad tym, co zostało mi odebrane. Nie wiem, czy dobrze przeżyję publikację. Ale milczeć też jest mi bardzo trudno – mówi na wstępie jedna z zawodniczek, które opowiedziały o wydarzeniach w kajakarskiej reprezentacji Polski.
W polskim sporcie obowiązuje prosta hierarchia: na górze związek (w tym wypadku - Polski Związek Kajakowy), niżej trener, a na samym dole zawodnik. Paradoks, bo bez zawodnika nie ma sportu. To on trenuje po dwa razy dziennie, często płaci za obozy z własnej kieszeni, dokłada do pasji pracą na etacie, żeby móc dalej wiosłować, biegać, pływać. A mimo to w tym układzie ma najmniej do powiedzenia – i najwięcej do stracenia.
Trener decyduje o wszystkim: kto pojedzie na mistrzostwa, kto dostanie lepsze miejsce przy motorówce podczas treningu, kto usłyszy o sprawdzianie wcześniej, a kto dowie się o nim w ostatniej chwili. Trener kontroluje dostęp do startów, od których zależą punkty, stypendia i finansowanie klubu. Dla zawodnika sprzeciw wobec trenera nie jest więc kwestią charakteru – jest ryzykiem utraty kariery.






