Mój syn ma trwałą niepełnosprawność - urodził się z nią i z nią zostanie - ale państwo polskie na wszelki wypadek sprawdza, czy nie zdarzył się w jego przypadku cud. Gdy podzieliłem się swoją frustracją w internecie, zalała mnie fala opowieści o komisjach skwapliwie weryfikujących, czy komuś przypadkiem nie odrosła amputowana kończyna

Wczoraj płaciłem ZUS i podatki. Dobrze wydane pieniądze. Dzięki nim dziś mogliśmy z synem wziąć udział w rytuale, który zwie się orzekaniem o niepełnosprawności. Syn już jest dorosły, ale sam pojechać nie mógł, bo - no właśnie – niepełnosprawność uniemożliwia mu samodzielne wykonywanie takich zadań.

Jego niepełnosprawność ma charakter trwały – urodził się z nią i z nią zostanie – ale państwo polskie wierzy w cuda i na wszelki wypadek sprawdza, czy w jego przypadku (i w przypadku tysięcy jemu podobnych) takowy się nie zdarzył. Co by to bowiem było, gdyby syn, który nie może uczyć się i pracować, nagle ozdrowiał i w swojej cudownie uzyskanej przebiegłości postanowił jednak nie robić tego wszystkiego, co robią jego rówieśnicy, tylko dalej korzystałby z wypasionych przywilejów, które mu państwo w zamian za orzeczenie oferuje? Pewnie nie byłoby nas stać na te wszystkie fajne rzeczy – autostrady i stadiony, pomniki i drony.