Albanię proponowałam mojemu mężowi co roku od ostatnich pięciu lat. Nie udawało mi się jednak przebić z tym pomysłem. Przegrywała w kolejnych latach z: Kretą (dwa razy), Toskanią, okolicami Triestu i Apulią. Lata mijały, mąż się oswajał z tą myślą – do Albanii poleciał jego znajomy z rodziną (wrócił bardzo zadowolony), po albańskich górach chodziła moja przyjaciółka, wielka wielbicielka wyjazdów do krajów z dawnego kręgu komunistycznego, coraz więcej rolek dostarczali także influencerzy na Instagramie (siła obrazu robiła ogromne wrażenie).
Zobacz wideo Jared Kushner i Ivanka Trump chcieli kupić albańską wyspę, ale Albańczycy ich zablokowali
W styczniu zaczęliśmy planować wakacje i myśleć o tym, dokąd w tym roku ruszymy. Portugalia? Za długi lot, nie wytrzymam pięciu godzin w samolocie. Znowu Apulia, w której czuliśmy się świetnie? Syn odmówił, chciał jechać w nowe miejsce. Minorka? Jakaś wyspa grecka? Może Słowenia, wtedy można psy zabrać? Nie, nie, nie – z różnych powodów.
Grecja, Włochy, Słowacja? Czas na zupełnie nowy kierunek
- To może Tirana na jedną noc, a potem dalej już docelowo dom gdzieś na południu? – nieśmiało zaproponował mąż. Bilety były w styczniu w dobrej cenie (1400 zł dla czterech osób z bagażem), lot miał trwać dwie godziny z warszawskiego lotniska Chopina. Minusem był powrót do Radomia (zależało nam na 10 dniach pobytu), ale uznaliśmy, że potem się będziemy tym martwić. Ufff, mieliśmy plan.










