Rodzina Jerzego Ziobry miała prawo walczyć o wyjaśnienie śmierci bliskiej osoby. Problem zaczął się wtedy, gdy po jednej stronie tego sporu stanął aparat śledczy, kierowany przez syna zmarłego. I właśnie to powinno być najważniejszą lekcją z procesu, który trwał dwie dekady.
Po 20 latach zakończył się proces, w którym rodzina Ziobrów oskarżała lekarzy o śmierć Jerzego Ziobry. W Sądzie Okręgowym w Krakowie zapadły wyrok uniewinniający trzech lekarzy, a wobec czwartego orzekający przedawnienie.
Ten proces od dawna przestał być wyłącznie sprawą czterech lekarzy i rodziny Jerzego Ziobry. Stał się testem dla państwa, a ten egzamin polskie państwo oblało. Nie dlatego, że rodzina przez dwie dekady dochodziła swoich racji, do czego miała prawo. A także nie dlatego, że domagała się kolejnych opinii czy podważała wcześniejsze ustalenia. Każdy obywatel powinien mieć możliwość wykorzystania wszystkich przewidzianych przez prawo środków. Problem zaczął się, gdy jedną ze stron tego sporu został urzędujący minister sprawiedliwości i prokurator generalny. W takim wypadku nie wystarcza działać zgodnie z literą prawa. Trzeba jeszcze usunąć wszelkie wątpliwości, że aparat państwa mógłby zostać wykorzystany do prowadzenia prywatnej sprawy wysoko postawionego urzędnika państwowego.








