Za nami mistrzostwa świata, które zmienią futbol, jaki dotychczas znaliśmy. Mecz podzielony na dwie połowy trwającą kwadrans przerwą? Dawno i nieprawda, od 104 meczów jest inaczej. Mundial przesunie też inne granice, FIFA nie będzie miała już żadnych hamulców. Pokazał bowiem, jak wiele świętych zasad można złamać, jak otwarcie politycy mogą ingerować w sport i jak bardzo można wydoić kibiców z pieniędzy, a świat i tak nie oderwie wzroku. Dziękujemy, Ameryko!
Gdyby FIFA była człowiekiem, byłaby Donaldem Trumpem. Wszędzie szuka przecież okazji do zrobienia dobrego biznesu i na koniec stawia się w samym centrum wydarzenia. Negocjuje twardo ze słabymi, narzucając chociażby amerykańskim miastom przy okazji tego mundialu olbrzymie wymagania w zamian bycie częścią czegoś wielkiego, a jednocześnie rozwija czerwony dywan przed mającymi krew na rękach przywódcami, przekonując przy tym świat, że to dla wspólnego dobra. No tak, zawsze działa przecież w imieniu słabszych i chce jednoczyć świat - wygaszać konflikty, kończyć wojny. FIFA, podobnie jak Trump, kocha też swoje odbicie w lustrze. Jest więc przekonana, że wszystko, za co się bierze, jest najwspanialsze i najpiękniejsze. Fascynuje się skalą - dlatego organizuje już nie tylko "największe turnieje", ale "historyczne wydarzenia". "Przełomowe", "rewolucyjne" i "zmieniające świat". Bez poczucia kiczu i przyznawania się do błędów. Cel zawsze uświęca środki, więc jeśli Folarin Balogun ma zagrać w kluczowym meczu z Belgią, to chwyta się za telefon, a jeśli trzeba utorować Arabii Saudyjskiej drogę do organizacji mundialu w 2034 r., to cztery lata wcześniej organizuje się turniej na trzech kontynentach na raz. FIFA i Trump zorganizowali więc ten mundial tak, jak chcieli, bez oglądania się na innych, zrywając przy okazji ze świętymi zasadami. I dogadywali się przy tym wprost znakomicie.







