Ekonomiści z pewną przesadą mówią, że podatki mamy irlandzkie, a wydatki włoskie. Tymczasem politycy wciąż domagają się obniżenia podatków, kolejnych wydatków, a jednocześnie krytykują rząd za to, że w finansach publicznych jest coraz większa dziura.

Przed kilkoma dniami przewodnicząca Polski 2050 Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz spotkała się z ministrem finansów Andrzejem Domańskim, namawiając go do podniesienia progu podatkowego ze 120 tys. do 140 tys. zł. Kosztowałoby to budżet państwa około 9 mld zł, co według pani minister można by zrekompensować, opodatkowując wielkie zagraniczne koncerny technologiczne i banki czy zwiększając akcyzę na alkohol.

Pani minister słusznie argumentuje, że trwające od kilku lat zamrożenie progów uderza w klasę średnią. Próg 120 tys. zł (10 tys. miesięcznie brutto), od którego płaci się wyższy podatek PIT, obowiązuje od 2022 roku. Po jego przekroczeniu podatek od nadwyżki wynosi 32 proc. (plus składka na NFZ). Wcześniej drugi próg zaczynał się od 85 528 zł. Przy wzroście nominalnych wynagrodzeń coraz więcej osób płaci wyższy PIT, nawet jeżeli ich realna siła nabywcza nie rośnie. Państwo dokonuje w ten sposób ukrytej podwyżki podatków bez formalnego podnoszenia stawek.