Ćwierćfinał z Marokiem - pełen społecznych i politycznych podtekstów - również nie przyniósł odpowiedzi; wciąż nie wiadomo, gdzie Francja ma czuły punkt. Znów bowiem pokazała się jako drużyna niemal doskonała: wyważona, skuteczna w defensywie i radosna w ataku. 2:0 to i tak najmniejszy wymiar kary.

Ayyoub Bouaddi wyszedł na ten mecz w koszulce Maroka, choć to Francuzi jeszcze przed chwilą nazywali go swoim cudownym dzieckiem. Urodził się w Senlis, godzinę na północ od Paryża, w największym zagłębiu talentów na świecie. Tam, gdzie dzieci imigrantów szukają na boisku lepszej przyszłości i błyskawicznie lądują w notesach skautów z całego świata. Dorastają między wieloma kulturami, językami i religiami, a łączy ich wszystkich piłka. Na najzdolniejszych chłopców polują wszystkie największe francuskie kluby i reprezentacje z krajów postkolonialnych, tworząc niezwykle gęste scoutingowe sito.

We francuskiej federacji znają Bouaddiego, odkąd skończył dwanaście lat i momentalnie objęli go centralnym szkoleniem, a później powoływali do wszystkich młodzieżowych reprezentacji. I błyskawicznie przykleili mu łatkę talentu największego z możliwych - na miarę Thierry’ego Henry’ego i Kyliana Mbappe. Zachwycali się jego potencjałem na boisku, ale też poza nim, bo w szkole był absolutnym prymusem. Maturę zdał z wyróżnieniem i obecnie jest studentem na kierunku matematyczno-fizycznym uniwersytetu w Paryżu. Tak wszechstronny jak na boisku, gdzie świetnie radzi sobie zarówno w rozegraniu piłki, jak i w grze defensywnej, był też w szkolnej ławce. Uwielbiał liczyć, ale też ze swadą składał zdania. Mając 15 lat wygrał w Pałacu Elizejskim na oczach pierwszej damy - Brigitte Macron - krajowy konkurs krasomówczy. Uczestnicy mieli za zadanie wygłosić przemówienie na wylosowany temat. Bouaddi otrzymał pytanie: "Czy sposób działania jest ważniejszy od osiągniętego wyniku?" Zachwycił publiczność argumentacją, gestykulacją i świadomością, z jaką posługiwał się swoim głosem.