Tęsknota za rozbiciem dominacji zespołów z Europy i Ameryki Południowej w finałach piłkarskich mistrzostw świata narasta, ale czy oczekiwanie na wielki przełom ma jakiekolwiek realne podstawy?

Kibice Tunezji mogą być sfrustrowani, bo ich narodowa drużyna to na mundialu w USA, Kanadzie i Meksyku niechlubny wyjątek. Z dziesięciu drużyn afrykańskich tylko ona odpadła w fazie grupowej. Już po porażce 1:5 w pierwszym meczu ze Szwecją federacja tunezyjska zdecydowała się na zmianę selekcjonera. Sabriego Lamouchiego zastąpił Herve Renard, wyrzucony z pracy z Arabią Saudyjską w połowie kwietnia, czyli tuż przed mundialem.

Nieoczekiwana zmiana miejsc

Renard zastąpił w Arabii Saudyjskiej Roberto Manciniego, który zdobył z Włochami mistrzostwo Europy w 2021 roku. Dwa lata później w Italii doszło do trzęsienia ziemi, gdy selekcjoner czterokrotnych mistrzów świata został skuszony przez saudyjskie petrodolary. Nie przyniosły mu szczęścia, bo po remisach z Bahrajnem i Indonezją w eliminacjach mundialu 2026 rozwiązano z nim umowę. Renard uratował awans, ale też nie uratował posady.

Na mundialu jednak wystąpił, jako trener Tunezji. Ta absurdalna karuzela pokazuje, jak szalony jest świat piłki. Renard nie uratował Tunezyjczyków, którzy po porażce ze Szwecją przegrali też z Japonią 0:4 i z Holandią 1:3. Pożegnali mistrzostwa jako jedyny zespół z Czarnego Lądu. Bez punktu.