Wstawanie o 5.30 rano, kiedy znajomi z takiego Fordonu czy Szwederowa mogą jeszcze spokojnie pospać te pół godziny i obrócić się na drugi bok - dla nastolatków z podbydgoskich gmin to już niestety norma.
"Gazeta Młodych" to specjalny projekt, który na łamach "Wyborczej" tworzą uczniowie szkół z Kujawsko-Pomorskiego. Publikujemy ich teksty.
Młodzież z Osielska, Białych Błot, Dobrcza czy Sicienka, zamiast normalnego dojazdu do szkoły, od długich miesięcy ma codzienną loterię. Bo rozkład jazdy to jedno, a to, co się dzieje na drogach, to drugie.
Bydgoszcz od dłuższego czasu przypomina jeden wielki plac budowy i chyba każdy ma już tego serdecznie dość. Chodzi o przede wszystkim o zbiorniki retencyjne i modernizację kanalizacji, ale także inne inwestycje. Jasne, nikt nie mówi, że to nie jest potrzebne – miasto musi sobie radzić z ulewami i zmianami klimatu, to oczywiste. Ale to, jak to wszystko zorganizowano, jest dla dojeżdżających totalnym koszmarem. Ciągłe zwężenia, ruch wahadłowy, rozkopane wloty do miasta... Poranny dojazd do szkoły stał się po prostu walką o przetrwanie. Tylko pytanie, dlaczego największe koszty tego wszystkiego ponosi młodzież? Kilka lat takich remontów to dla nich przecież całe liceum czy technikum. Tego straconego czasu nikt im potem nie odda. I nie chodzi tu tylko o opuszczone lekcje czy spóźnienia przez korki, ale o zwykłe, codzienne życie.






