Robert Lewandowski ma być dla Chicago tym, kim dla Miami jest Leo Messi - ambasadorem miasta, jego wizytówką, a przede wszystkim magnesem przyciągającym rodaków. Jeśli do transferu dojdzie - a wiele na to wskazuje - na grze w piłkę na pewno się nie skończy. Korespondencja z USA Dawida Szymczaka, dziennikarza Sport.pl.
Chicagowski porządek świata, w którym Polak to dobry budowlaniec, a Polka to dokładna sprzątaczka już dawno upadł. Polacy pracują dziś w wielkich korporacjach jak Google czy Space X, zajmują wysokie stanowiska w urzędach, prowadzą własne biznesy. I ktoś taki, jak Robert Lewandowski może pomóc ten stary mit zburzyć. Całą swoją karierą krzyczy przecież "Polak potrafi!". I dobrze, jakby wykrzyczał to jeszcze raz, w Chicago, stając się ambasadorem polskich sukcesów. Dla miejscowej Polonii będzie to nawet cenniejsze niż strzelone na boisku gole. Dlatego tak wyczekują transferu Lewandowskiego, który - jak słyszymy - jest coraz bliżej.
Robert Lewandowski ma by dla Chicago tym, kim Leo Messi dla Miami
- Przejeżdżamy właśnie obok Soldier Field, być może przyszłego domu Roberta. Chicago Fire gra tutaj mecze, czekając aż powstanie jej nowy stadion. Kiedyś, w latach 30., odbywały się tu konkursy skoków narciarskich. W Chicago nie ma gór, więc wybudowali ogromną drewnianą konstrukcję, a zwozili śnieg z całej okolicy. Na te zawody przyszło 60 tys. kibiców, co długo było frekwencyjnym rekordem w USA - opowiada Kamil Ferdyn, kibic Fire, który mieszka w Chicago od ponad 20 lat. Z jednej strony na stadion zerka pomnikowy Tadeusz Kościuszko, a z drugiej jest olbrzymie jezioro Michigan, za którym rozciąga się imponująca panorama miasta. - To było pierwsze miejsce, do którego przyjechałem w USA z moim świętej pamięci tatą i bratem - mówi Ferdyn.








