Czy jesteśmy skazani na wieczną międzysąsiedzką nienawiść na kontynencie europejskim, gdzie nacjonalizmy wcześniej niż gdzie indziej i z większym rozmachem kształtowały zbiorową tożsamość?

Troska o szacunek dla ofiar zbrodni popełnionych na obywatelach Rzeczypospolitej w czasie drugiej wojny światowej to bardzo ważny obowiązek prezydenta polskiego państwa. Karol Nawrocki ten swój urzędowy obowiązek zlekceważył na wiele różnych sposobów. I naprężanie oenerowsko-endeckiego muskułu, aby nim zboksować prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego - spektakl, którego jesteśmy świadkami od dwóch tygodni - nie jest właściwą metodą zadośćuczynienia.

To przecież trywialny banał, że w czasie wojny domowej - a okupacja niemiecka wywołała wiele wojen domowych między rozmaitymi grupami etnicznymi i społecznymi na terenie całej Europy - człowiek może być bohaterem narodowym w oczach jednej strony konfliktu i terrorystą dla stojących w tym konflikcie po innej stronie. Dla Ukraińców UPA to organizacja wojskowa, która w opowieści o patriotycznej postawie i walkach w obronie substancji narodowej podczas drugiej wojny światowej (a także i po wojnie, aż do połowy lat pięćdziesiątych, tracąc setki tysięcy bojowników w walce z wojskami NKWD) - odgrywa mniej więcej taką samą rolę, jak dla Polaków Armia Krajowa. Niezbyt wyraźnie pamiętamy o tym w publicznej dyskusji wywołanej deklaracją prezydenta. A już niemal zupełnie zapoznaliśmy fakt, że AK - w odwecie za „rzeź wołyńską" i w obronie przed postępującą czystką etniczną ludności polskiej na Kresach - mordowało ukraińską ludność cywilną.