Szymon Marciniak został sędzią, mimo że sędziów nie znosił, a teraz jedzie na trzeci mundial w karierze. Ostatnim razem skończył dopiero w finale. Zawsze wierzył, że zrobi z gwizdkiem wielką karierę. Nawet gdy starsi sędziowie próbowali sprowadzić go na ziemię: "Młody, getry upierz, jutro na okręgóweczkę jedziemy".

– Teraz to ty jesteś moim idolem – powiedział Marciniakowi jego idol Pierluigi Collina, szef sędziów FIFA. Wiedział, że Polak się na nim wzorował, i wiedział, jaką sprawi mu przyjemność tym jednym zdaniem. To było zaraz po finale mistrzostw świata w Katarze, gdy polscy sędziowie zeszli już do szatni, włączyli muzykę, a Marciniak był tym meczem tak zmęczony, że nawet nie miał ochoty niczego jeść. Szampan, choć po tak poprowadzonym finale należał się absolutnie, też nie smakował jakoś wybitnie. To było kompletne wyczerpanie – i fizyczne, i psychiczne. Na wszystkich sędziowskich kursach i szkoleniach mówią, że nie da się być skoncentrowanym przez pełne dziewięćdziesiąt minut, a Marciniak i jego asystenci tamtego wieczoru byli skupieni nawet dłużej – jeszcze przez dogrywkę i rzuty karne. A przecież nie był to zwykły mecz, tylko najlepszy finał mundialu w historii – z Messim po jednej stronie i Mbappé po drugiej. Z remisem 3:3 i tempem takim, że wszystkim kręciło się w głowie. Nie popełnić w takich warunkach żadnego błędu to wielka sztuka.