Maciej Kucharczyk: Czy z Waszyngtonu tak na co dzień w ogóle widać Polskę? Czy tylko Europę? Czyli czy naprawdę mamy jakieś specjalne relacje?
Mateusz Piotrowski: My w Polsce lubimy myśleć, że na tle Europy się wyróżniamy. Czy to naszą polityką, czy skalą wydatków zbrojeniowych, czy tym, jak podchodzimy do relacji dwustronnych ze Stanami Zjednoczonymi. I rzeczywiście często słyszymy z drugiej strony Atlantyku albo od ambasadora tu w Warszawie, że jesteśmy partnerem szczególnym. Regularnie jesteśmy wręcz przez Amerykanów przywoływani jako modelowy sojusznik. Tyle że czasem przychodzą takie momenty weryfikacji jak ten obecny. One pokazują, że koniec końców jesteśmy tylko częścią skomplikowanego systemu zależności. Że nie chodzi tylko o relacje dwustronne i poklepywanie się po plecach, ale o układankę, w której decyzje zapadają z perspektywy globalnej pozycji USA, w której Europa jest traktowana najczęściej jako jeden element, a nie poszczególne państwa.
Zobacz wideo
Czyli publiczne deklaracje polityków to jedno, a konkretne decyzje w sprawie rozmieszczenia wojsk USA na globie to co innego? Czy to nie politycy kierują wojskiem?
Polityczne gesty, wizyty i zapewnienia o przyjaźni są ważne, ale w momencie, kiedy dochodzi do strategicznego przeglądu globalnej obecności wojsk USA, to decyzje nie są podejmowane na ich podstawie. Amerykanie w wielu stolicach na świecie mówią o partnerstwie, ale realne rozlokowanie sił ich wojska odzwierciedla ich własne potrzeby. Polska jest elementem szerszego obrazu, a nie kluczowym graczem. I w tej układance możemy mieć dobrą pozycję, ale i tak ostatecznie w pewnym sensie przegrać rozgrywkę. Tak jak w tej sytuacji. Bo nie wydaje mi się, żeby to była jakaś polityczna decyzja na najwyższych szczeblach w Waszyngtonie, aby Polskę za coś ukarać. To kwestia wykonywania ogólnej woli politycznej administracji Trumpa przez jej średnie szczeble.











