Na takie pożegnanie w Barcelonie nie da się zapracować 119 golami w 193 meczach ani nawet trzema mistrzostwami zdobytymi w cztery lata. By zostać jej legendą potrzeba czegoś więcej. Robert Lewandowski to ma - uwierzył w jej wielkość akurat wtedy, gdy wielu w nią wątpiło i przyszedł na Camp Nou, gdy najlepsi woleli iść gdzie indziej. Kibice mu tego nie zapomną.
Szaliki z jego podobizną, transparenty uginające się pod ciężarem określenia "legenda", pisane po polsku i hiszpańsku plakaty z podziękowaniami, owacje na stojąco i chóralne skandowanie jego nazwiska. Do tego szpaler, specjalna pamiątka od prezesa Joana Laporty i emocjonalne przemówienie ze środka boiska. Najpierw wzruszające chwile w blasku jupiterów, a później moment tylko dla siebie, gdy światła już zgasły, a trybuny opustoszały. Ilu piłkarzy Barcelony doświadczyło czegoś podobnego? Ilu jeszcze miało Camp Nou tylko dla siebie? Ilu było witanych z takim szacunkiem i żegnanych z taką miłością?












