Nie zamierzają siedzieć z założonymi rękami, gdy ich okolica upodabnia się do pobliskich kurortów - przybywa domów stawianych gdzie popadnie, a inwestorzy obchodzą prawo, by zbudować kolejne wille jak najbliżej granicy parku narodowego.

Mieszkańcy Smołdzińskiego czują się obrońcami nadmorskiego krajobrazu. Wolą, by ich mała miejscowość zachowała swój kameralny charakter. Nie chcą, by stała się jak pobliska Łeba czy Rowy, w których królują chińszczyzna i cymbergaj.

Przekonują przy tym, że walczą nie tylko dla siebie. Ale dla swoich wnuków, a nawet dla całego kraju.

- Zaraz nic z tego wybrzeża nie zostanie. Czy my chcemy za dużo? Mieć wodę i ładną okolicę? Całe szczęście jest jeszcze co ratować, bo tu ciągle są miejsca, z których widać jedynie wydmy, łąki, jezioro i nic poza tym. Ale jak długo to jeszcze potrwa? - pyta Irena Kurek, sołtyska Smołdzińskiego Lasu.

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.