Przywódcy polityczni powinni wzmacniać prawa człowieka i Trybunał w Strasburgu, a nie je podważać.

Maciej Nowicki jest prezesem zarządu Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, a także prezesem European Implementation Network z siedzibą w Strasburgu – sieci uczonych i NGO-sów pracujących na rzecz wykonania wyroków strasburskich. Wyborcza to Wy. Piszcie: listy@wyborcza.pl

15 maja 2026 r. na konferencji Komitetu Ministrów Rady Europy w Kiszyniowie przyjęta zostanie polityczna deklaracja o migracji, wieńcząca tzw. proces kiszyniowski, poprzedzony głośnym listem dziewięciu europejskich przywódców, w tym Premiera Tuska, z maja 2025 r., a następnie wspólnym oświadczeniem ministrów sprawiedliwości 27 już europejskich państw, z grudnia 2025 r.

I tak oto, po 75 latach mozolnego rozwijania europejskiego systemu ochrony praw człowieka wystarczył rok pospiesznego i nietransparentnego procesu, aby po raz pierwszy w historii system ten otrzymał wyraźny polityczny sygnał, że ma się cofnąć.

Otrzymał go wbrew prawu – od tego zacznijmy. Europejski system ochrony praw człowieka został zaprojektowany jako prospektywny, nastawiony na rozwój. Standardy ochrony praw człowieka mogą być z czasem jedynie podwyższane. Szczególnie mocno podkreśla to orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu w odniesieniu do unijnej ochrony praw jednostki, ale podobnie jednoznaczna jest w tej sprawie Konwencja Europejska Rady Europy (jej preambuła), rządząca systemem strasburskim. Ten zakaz retrogresji w interpretacji Konwencji Europejskiej wiąże tak Trybunał, jak i państwa-strony, w imieniu których w Kiszyniowie wypowiadają się ministrowie.