Rozejścia po pięćdziesiątce są ciche, bez dram: zdrady odkrytej w telefonie, walizek wystawionych za drzwi.
Miały to być ich najlepsze wakacje. Wreszcie. Pierwszy raz od ponad dwudziestu lat wyjechali sami. Bez dzieci, nerwów i całej listy zawczasu przygotowanych rzeczy: leków na alergię, pierdyliona ładowarek, siatki kanapek na drogę dla każdego z czym innym.
Tak to przecież było dotychczas: niby lecieli na Majorkę, ale za każdym razem mieli wrażenie, jakby przemierzali Syberię saniami. Innych wakacji nie znali.
Na lotnisku nie bardzo wiedzieli, co zrobić z rękami.
Kobieta odruchowo policzyła bagaże. Raz, dwa. Potem jeszcze raz, bo coś jej się nie zgadzało. Właściwie nie zgadzało się z przyzwyczajenia, bo zawsze przecież coś musiało się nie zgadzać albo przynajmniej czegoś musiało brakować: paszportu, bluzy, słuchawek lub – co gorsza – cerowanego setki razy pluszaka, bez którego jedna z córek nie potrafiła zasnąć.









