Nie da się dokładnie policzyć, ilu cywilów zginęło podczas powstania warszawskiego pod gruzami zawalonych budynków.
W sobotę 26 sierpnia od rana ściany jednej z piwnic na warszawskim Żoliborzu trzęsły się od detonacji. Maria Ścibor-Rylska nie mogła przez to spać. Namówiła więc córkę Kalinę, aby, gdy ostrzał ustanie, wyszły na zewnątrz i uprały kilka rzeczy. Ruszyły wraz z nastaniem ciszy. Wiedziały, że chwilę potrwa, bo niemieccy artylerzyści i piloci też potrzebują przerwy.
Przykucnęły przy pompie i zabrały się do szorowania najpotrzebniejszych szmatek. Drogę powrotną podzieliły na dwa etapy. To była częsta praktyka w powstańczej Warszawie. Chodzenie po niej wymagało umiejętności nie tylko szukania bezpiecznych przejść i właściwego gospodarowania siłami, ale też wyczekiwania odpowiedniego momentu, żeby się przemieścić. Gdy tylko powietrze znowu wypełniło się świstem i hukiem, przysiadły u wejścia do schronu w mijanym budynku. Pół godziny później zdyszane dopadły celu. Kalina zeszła na dół sprawdzić, czy płatki, o których ugotowanie poprosiła przed wyjściem, są gotowe. Jej matka chciała jeszcze przez moment odetchnąć, więc została z koleżanką na powierzchni.
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.








