Najpierw na scenę wyszedł konferansjer. Zapowiedział trenera Chicago Fire, a gdy Gregg Berhalter pojawił się przed kibicami, od razu przeszedł do tematu, na który wszyscy czekali. - Chcemy Roberta Lewandowskiego w Chicago! - krzyknął, a fani zaczęli wiwatować. Korespondencja Dominika Wardzichowskiego, wysłannika Sport.pl na mundial.
To był jeden z tych dni, w których sytuacja zmieniała się tak dynamicznie, jak pogoda w Wietrznym Mieście. Jeszcze rano wśród Polonii krążyły głównie plotki i pytania, a kilka godzin później kibice Chicago Fire wstawali z miejsc, reagując entuzjazmem na słowa trenera Gregga Berhaltera o Robercie Lewandowskim.
Mój dzień rozpoczął się w Jackowie – sercu polskiego Chicago. Odwiedziłem polski kościół, gdzie od lat spotykają się rodacy mieszkający w Stanach Zjednoczonych. Chciałem sprawdzić, jakie nastroje panują po informacji, że kapitan reprezentacji Polski może wkrótce zamieszkać właśnie tutaj. Rozmowy były pełne emocji. Niektórzy mieszkańcy, którzy wyjechali z Polski 40 czy nawet 50 lat temu, mówili o Lewandowskim z dumą. Dla nich sama perspektywa jego przyjazdu do Chicago była czymś więcej niż transferem piłkarskim – była symbolem obecności Polski na światowej scenie. Czymś, co na obczyźnie zawsze bywa szczególnym powodem do dumy. Kilka godzin później atmosfera podniosła się podczas spotkania z kibicami Chicago Fire. I właśnie wtedy wydarzenia nabrały tempa.










