Wyobraźcie sobie, że piłkarz z wciąż jeszcze ważnym kontraktem w jednym klubie leci na negocjacje do drugiego, a na miejscu wita go wielki billboard z jego twarzą i herbem klubu, z którym dopiero siada do rozmów. W Europie nie do pomyślenia, ale w Ameryce wszystkie chwyty dozwolone - pisze z Chicago Dominik Wardzichowski, reporter Sport.pl.

Fot. IMAGO/PressFocus

- Lewandowski, Lewandowski, Lewandowski... – z niepewnym namysłem powtórzył trzy razy nazwisko kapitana reprezentacji Polski taksówkarz, który odebrał mnie z lotniska i zawiózł do centrum Chicago. Musiał się upewnić, o kogo chodzi, a po chwili dodał: – Aaa, tak! To ten piłkarz z Bayernu Monachium – wypalił wyraźnie dumny z siebie. Gdy poprawiłem go, że już dawno nie Bayernu, zapytał, gdzie teraz gra. – Za chwilę może się okazać, że w Chicago – odpowiedziałem. – Co ty mówisz?! – nie chciał uwierzyć. – Taki piłkarz w takiej drużynie? To byłby szok. Fire nie jest mocnym zespołem – zaznaczył, gdy jechaliśmy już autostradą z portu lotniczego Chicago-O’Hare do centrum "Wietrznego Miasta".

Zobacz wideo

Dzień wcześniej to właśnie tu wylądował prywatny odrzutowiec z Lewandowskim na pokładzie. Polak jest w Chicago i choć oficjalnie nic się nie dzieje – nie ma żadnych komunikatów, konkretów, a do podpisania umowy wciąż daleko, to przylot napastnika do USA jest na razie najmocniejszym sygnałem, gdzie kapitan naszej kadry może grać w przyszłym sezonie. Wcześniej zdecydowanie więcej mówiło się o ofertach i gigantycznych pieniądzach z Arabii Saudyjskiej, ale na dziś plan podboju Ameryki i MLS to temat numer jeden wokół Lewandowskiego.