Bez instrumentów muzealnych i udawania starych muzykantów. Tercet Imperial nagrał najlepszą płytę maja.
Prawdziwej muzyki wiejskiej, przekazywanej z pokolenia na pokolenie, już nie ma. Można nad tym łzy wylewać i włosy rwać, ale czasu nie cofniemy, zmian obyczajowych, technologicznych i demograficznych odwrócić się nie da. Na szczęście ziarno całkowicie nie zmarniało. Przewiezione do miast, do cieplarnianych warunków, dało nowy plon.
"Prymat" wypełniają mazurki i oberki z Polski centralnej, a Tercet Imperial tak je ogrywa, że zdają się równie swojskie, co egzotyczne. W materiałach prasowych czytam, że wszyscy z tego składu krócej lub dłużej terminowali u prawdziwych muzyków wiejskich, strażników płomienia (co ma zapewne uwiarygodnić grupę w środowisku muzyki tradycyjnej). Nie mamy jednak do czynienia z grupą rekonstrukcyjną. Nie gra się tu na stawiających opór instrumentach o wartości muzealnej, nie udaje się muzykantów starszych o trzy czy cztery pokolenia.
kalendarium
Nagroda Kapuścińskiego









