Niemal 1/3 kadry, która w marcu walczyła o awans na mundial, nie pojawi się na najbliższym zgrupowaniu. Mimo to Jan Urban uniknął rewolucji. Nominacjami zadbał o równowagę między świeżą krwią a hierarchią w grupie.
Choć Jan Urban powołania do reprezentacji wysyłał już cztery razy, te ogłoszone we wtorek były najbardziej autorskie. Pracę zaczynał od arcyważnych starć z Holandią i Finlandią. Można było więc zakładać, że będzie chciał uniknąć rewolucji. Siłą rzeczy każde kolejne nominacje różniły się od poprzednich nieznacznie. Aż do marcowych baraży kadra nie miała czasu na eksperymenty, a trener musiał skupić się na minimalizowaniu ryzyka.
Teraz było inaczej. Wszyscy, którzy domagali się od niego nieoczywistych rozwiązań, mogli puścić wodze fantazji. W końcu dwa mecze towarzyskie to dziś selekcjonerski rarytas. Świadomość, że po nich nastąpi jeszcze sześć spotkań Ligi Narodów, tym bardziej zachęcała, by przetestować nawet najbardziej zaskakujących kandydatów. Jednocześnie jednak Urban od pierwszej konferencji prasowej przekonywał, że do kadry było wcześniej zbyt łatwo się dostać. Nagradza więc nie za dobrą formę, lecz za umiejętność jej utrzymania.







