Oburzenie na maksymalną liczbę punktów przyznaną Izraelowi przez polskie jury jest zrozumiałe. Ale mija się z sednem sprawy.

Zacznijmy od podstaw. Założenie, że w Eurowizji chodzi o muzykę, jest mocno na wyrost. Nie trzeba śledzić konkursu, by wiedzieć, że kluczowa jest nie sama piosenka, a widowisko i jego promocja. Ale Eurowizja to też arena wyrażania politycznych sympatii i antypatii, choćby organizatorzy ze wszelkich sił zaklinali rzeczywistość, twierdząc, że konkurs jest wolny od polityki.

W tym kontekście decyzja polskiego jury, by przyznać maksymalną liczbę punktów reprezentantowi Izraela, budzi zrozumiałe oburzenie. Ale to oburzenie mija się z sednem problemu, bo Izrael w konkursie w ogóle nie powinien się znaleźć.

skrót wydarzeń dnia

kalendarium