Milan Design Week ma dwa rytmy. Pierwszy to część targowa w halach Expo - uporządkowana, branżowa, zaplanowana co do metra. Drugi rozlewa się po mieście w ramach fuorisalone: po butikach, pałacach, prywatnych mieszkaniach, ogrodach i dziedzińcach, do których na co dzień prawdopodobnie nigdy byśmy nie weszli. To właśnie tam design przestaje być wyłącznie prezentacją produktu, a zaczyna być doświadczeniem.
Trzy dni spędziłam głównie w Brerze, artystycznym sercu Mediolanu. To dzielnica, w której design nie wygląda jak sezonowa dekoracja przygotowana specjalnie na tydzień targów. On jest wpisany w jej rytm: w galerie, małe pracownie, ciężkie drzwi kamienic, przez które co chwilę przechodzą kolejne grupy zwiedzających. W centrum Brery znajduje się Pinacoteca di Brera, jedno z najważniejszych muzeów w mieście, ale podczas Design Weeku cała okolica zamienia się w galerię. Wystarczy skręcić w boczną ulicę, wejść na dziedziniec albo ustawić się w kolejce do niepozornego budynku, żeby trafić na wystawę dużej marki, eksperymentalnego studia albo projektanta, którego nazwisko dopiero zacznie krążyć po branży.
Po trzech dniach i ponad dwudziestu wystawach najczęściej wracało do mnie jedno pytanie: jak naprawdę wygląda przyszłość designu? W Mediolanie nie znalazłam odpowiedzi w jednym spektakularnym obiekcie. Raczej w powtarzającym się napięciu między tym, co bardzo nowe, technologiczne i eksperymentalne, a tym, co stare, ręczne, powolne i zakorzenione w rzemiośle. Najciekawsze projekty nie wybierały jednej strony. Działały dokładnie pomiędzy.






